Kiedy narty przeszkadzają

Kiedy narty przeszkadzają

Zdarza się tak bardzo rzadko. Z reguły na początku zimy albo późno na wiosnę. Prawie nigdy 1 marca. Stęsknieni za backcountry, ufni w zasobność śniegu w Tatrach wybraliśmy się na wycieczkę z Brzezin przez Rówień Waksmundzką i Gęsią Szyję na Wierch Poroniec. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie narty właśnie.

Marzec jest miesiącem, gdy pokrywa śnieżna w Tatrach jest największa. Nawet jeśli na Skalnym Podhalu śnieg zaczyna ginąć z pól, w lesie z reguły można spokojnie poruszać się na nartach, nie mówiąc już o wycieczce w wyższe rejony. W związku z kiepską tegoroczną zimą zakładaliśmy, że momentami może nie być wystarczająco dużo śniegu, ale nawet przez myśl nam nie przeszło, że trzeba będzie odpinać narty na Równi Waksmundzkiej, która leży przecież wyżej niż Morskie Oko, a nawet na samej Gęsiej Szyi (1489 m n.p.m.)

Wolniej od pieszych

Pierwszym sygnałem, że coś jest nie tak, byli mijający nas piesi. W normalnych zimowych warunkach – gdy człowiek bez nart zapada się w śniegu – raczej się to nie zdarza. Pomijając oczywistą przewagę na zjazdach i płaskich odcinkach, na nartach jesteśmy szybsi też pod górę. Tym razem ubity śnieg stwarzał pieszym doskonałe warunki do wędrowania. Przed nami zaś mała ilość śniegu ustawiła tor przeszkód, dla pieszych zupełnie niezauważalnych. Wystające spod śniegu kamienie i korzenie, a wyżej pojawiające się stopnie letniego szlaku zmuszały do niemałej gimnastyki, by przeprawić się przez przeszkodę bez uszkodzenia nart. Były momenty, że trzeba było po prostu odpiąć narty i… zrobić dwa kroki, by znów móc je przypiąć. Kłopot w tym, że całą procedurę trzeba było powtarzać co chwila. Czas zabierała też zabawa z fokami. Skiturowym zawodnikom zajmuje to chwilę, my – poruszając się na nartach turystycznie – tracimy kilka minut zanim foki zdejmiemy, nakleimy na taśmę, zrolujemy i schowamy do plecaka. W tym czasie szczęśliwy turysta bez nart pokonuje równym tempem kolejne metry. Na zjazdach też nie mieliśmy przewagi, bo strach było ryzykować, by nie najechać na niewidoczny z góry kamień, a tych było pod dostatkiem. Dodatkowo śliski śnieg przy sporym nachyleniu stoku sprawiał, że do zejścia trzeba było założyć raki. Buty backcountry są może bardziej stabilne niż adidaski, ale w takich warunkach, przy rękach zajętych nartami i kijkami, lepiej mieć w plecaku raki, bo o nieszczęście nietrudno.

Jak przewidzieć?

Często tak bardzo chcemy iść na narty, że nie myślimy racjonalnie. Szczególnie wtedy, gdy Tatry skrzą się bielą na tle bezchmurnego nieba i wabią obietnicą pięknych widoków i długich szusów. Jak zatem przewidzieć, czy nie lepiej zostawić nart w domu? Przede wszystkim należy obserwować sytuację przez całą zimę: czy i kiedy były intensywne opady śniegu? Był mróz czy raczej – jak w tym roku – temperatury utrzymywały się mocno na plusie? Istotne są też ostatnie dni. Jeśli w zeszłym tygodniu warunki były wyśmienite, w kolejny weekend już wcale takie być nie muszą. Wskazówką może być też ilość śniegu poniżej dolnej granicy lasu – jeśli jest go mało, nie spodziewajmy się, że warunki nagle się zmienią. Dużo zależy też od terenu, przez który idzie szlak. Odcinki zacienione będą bardziej pewne śniegowo niż biegnące przez otwartą, nasłonecznioną przestrzeń. Przyda się też letnia znajomość szlaku. Jeśli są na nim duże kamienie czy stopnie, możemy przypuszczać, że podczas kiepskiej zimy będą one przeszkodą. Podpowiedzią mogą być informacje pogodowe zamieszczane na stronie Tatrzańskiego Parku Narodowego: szczególnie cotygodniowy Biuletyn śniegowy oraz Komunikat turystyczny. W zakładce Pogoda można z kolei zobaczyć, jak wygląda grubość pokrywy śnieżnej m.in. na Hali Gąsienicowej, Polanie Chochołowskiej, Hali Ornak i w Morskim Oku.